Jestem fanem całej serii gier Fallout. Już w podstawówce dałem się porwać magii pierwszych dwóch części, dołączonych w pełnych wersjach do wydań CD Action. Na przestrzeni lat kilkukrotnie do nich wracałem.

W filmach, książkach i grach wielokrotnie łapię się na tym, że najbardziej przemawia do mnie miks elementów science fiction i post-apokaliptycznej rzeczywistości z wielowątkową, zaskakująca historią z “twistem”. To pokochałem w serii Fallout.

Fallout 1 oraz 2

W czasach szkoły średniej uwielbiałem “papierowe erpegi” i to zamiłowanie zostało mi do dziś. Z racji braku czasu (a może po prostu chęci i determinacji?) nie grywam od lat w gry fabularne ze znajomymi… A kilka razy próbowałem zastąpić je sesjami rozgrywanymi przez fora internetowe, czy też platformy takie jak Google Wave. Szkoda, że nie udało się nic poważniejszego na dłuższą metę. Ale nie żałuję poświęconego czasu, bo poznałem sporo fajnych ludzi.

Wracając do tematu: pierwsze dwie części to kwintesencja gatunku cRPG. Rzut izometryczny, umowna grafika, od cholery czytania. Brak potrzeby zatrudniania aktorów sprawił, że twórcy nie musieli się specjalnie ograniczać w kwestii rozbudowania dialogów, co zdaża się w rpgach które powstają dziś. Grafika nie była istotna, a większość gry miała miejsce w wyobraźni gracza. Nie będę uciekał się do nostalgii i to se ne vrati. Zostały mi wspomnienia, a także nieco ukierunkowało to… moje preferencje co do gier dzisiaj.

Fallout 3

Oprócz cprgów uwielbiam wszelkiego rodzaju strzelanki, dlatego na Fallouta 3 czekałem z niecierpliwością bo łączył oba te gatunki. Fallout Tactics nigdy mi nie podpasował, bo był grą po prostu nudną, a zabranie elementów rpg i pozostawienie samej mechaniki nie wyszło grze na dobre. A Fallout 3 mnie srogo zawiódł, mimo że jego twórcą była Bethesda, stojąca za świetnym Oblivionem, który dostarczył grze silnika.

Podchodziłem do niej kilka razy, za pierwszym razem nie opuściwszy nawet Schronu. Przepaść jaka dzieliła to co znałem i kochałem wobec tego co wyszło z małżeństwa Fallouta z Oblivionem mnie odrzucała. Jednak przemogłem się, przymrużyłem oczy i spędziłem przy grze długie godziny, odkrywając wszystkie zakamarki ruin Waszyngtonu i okolic.

Powrót do Vegas

Z początku New Vegas jawił się tylko jako dodatek do F3, nawet bez kolejnego numerka, ale okazał się pełnoprawną grą, która nauczyła się wiele od poprzedniczki. Odkrywanie fabuły i historii która stoi za postaciami sprawiało wiele frajdy, i ochoczo biegałem po ogromnej mapie wykonując questy i zbierając coraz to lepszy ekwipunek. Rozwój postaci został zbalansowany (ale nadal nie trzeba się specjalizować od samego początku jak w poprzednich częściach).

Jestem też chyba jedną z niewielu osób które nie narzekają na grafikę w porównaniu do trójki – zmieniłem w międzyczasie peceta więc ja skok jakości grafiki zaobserwowałem ;) Po skończeniu głównego wątku i obejrzeniu outra powróciłem do szarej rzeczywistości na kilka miesięcy. Cierpliwie poczekałem na wszystkie DLC, a w międzyczasie skasowałem swoje save’y – więc musiałem zaczynać grę od nowa. Tak powstała…

…Eve

Dorosłem już do tego, aby z gier nie wyciskać już 100%. Nie muszę mieć najsilniejszej postaci czy najlepszych przedmiotów, a w cRPG najbardziej liczy się klimat. Mój kurier to kobieta-lesbijka, nie biega po pustkowiach we wspomaganych pancerzach, nie nosi minigun’ów i nie rzuca granatami. Woli się dogadać i unikać konfrontacji, ma miękkie serducho i rusza z pomocą gdy widzi krzywdę. Osobnik, który zajdzie jej za skórę lub podniesie na nią rękę nie ma szans wyjść cało. Nie posiada innego uzbrojenia niźli jednostrzałowa strzelba “This Machine”… i małego pistoletu z tłumikiem, który da się przemycić do kasyna.

Eve dopadła Bena (który w intrze wpędził ją do grobu) i zgodnie ze swoim charakterem zafundowała mu bez zbędnej gadki nabój między oczy. Ale zamiast ruszyć dalej, by zbierać armię do walki o Hoover Dam – podążyła za sygnałem radiowym aby odpocząć od pustyni Mojave, zmierzając do Sierra Madre Casino – lokacji z pierwszego dodatku DLC, o którym napiszę w osobnym wpisie.